0
refiko 27 listopada 2015 20:26
Ja - 27 lat (wówczas) i 100% fascynacji, ekscytacji i euforii wszystkim co inne i nowe;
Ona - 25 lat i mnóstwo pytań, wątpliwości i ogólnej małej niechęci do wszystkiego co inne...

W związku z faktem całkiem długiego, razem bycia On i Ona zaczęli rozmyślać o za mąż pójściu, ślubu wzięciu i ogólnym sformalizowaniu tego co jest. Ona chętnie - bo tak i już, a on nieco bardziej sceptycznie - bo po co, przecież nie jest źle...?
Po wewnątrzzwiązkowych konsultacjach i rozmowach dochodzą do wniosku, iż zrobią "TO" w nieco inny sposób niż zwykli śmiertelnicy. Z niewiadomych do dziś przyczyn pada na daleki wschód, a konkretniej Tajlandię. Szybki, sieciowy rekonesans, wymiana korespondencji z Ambasadą RP w Bangkoku i są pewni co do kierunku podróży. Krótko "po" z pomocą przychodzi AirAsia z promocją "Free seats" i już wiedzą gdzie, w jakich dniach spędzą niemal 3 pełne grudniowe tygodnie. Niewiele później Qatar Airways podsuwa bilety w przystępnej cenie na trasie Warszawa-Bangkok-Warszawa z zbyt długą, a zarazem zbyt krótką przesiadką w Doha w drodze „do”, ale z wystarczająco długą pauzą w drodze powrotnej.
Przelot na obu odcinkach jest przyjemnością, zwłaszcza na odcinku Doha-Bangkok-Doha. Konfiguracja siedzeń 3-3-3 i miejsca brzegowe z pustym fotelem pomiędzy nimi dają wystarczającą ilość komfortu i prywatności. Przy 187cm wzrostu i słusznej wadze On nie narzeka na brak miejsca, a to czym karmią też jest znośne...

Image

BANGKOK, pierwszy oddech…
Gładkie lądowanie, krótka procedura wizowa, odbiór walizki z gajerem i laczkami, jej kiecką i sandałkami i mogą mknąć do „bejsmentu” skąd często jeżdżący Airportlink zabiera ich na końcową stację Phaya Thai – koszt ok. 5zł/ czas przejazdu ok. 30 minut/ godziny kursowania 6:00 – 24:00.
Image
Po wyjściu z pociągu następuję zderzenie z ciężkim, ciepłym, ale suchym powietrzem (przełom listopada i grudnia 2014r). Wrażenie, mhm… będzie ciężko?! Zimne sztuki z okolic Parku Krajobrazowego Wzniesień Łódzkich odnajdą się w tym kotle??? Nadmieńmy, że Ona po prostu lubi chłodek, natomiast on najchętniej jesienią i początkiem zimy /w kraju na Wisłą/ pocinałby w sandałkach…

Image

Po jakieś godzinie błąkania się, kilku nieudolnych próbach złapania taksy miła, starsza Tajka pomaga im złapać jakiś dyliżans. Utargowane 250thb (sic!)za 10 minut jazdy pociskiem w kolorze damskim* wydaje się być przyzwoitą stawką, zważywszy na to, że jego „bateria” powoli się kończy, natomiast jej skończyła się jakieś 10h temu…
Po wspomnianych 10 minutach drogi, odczytaniu wskazań taksometru (60-80 thb!) finalnie płacą 200thb i na własnych nogach mkną w poszukiwaniu swojej świetnej noclegowni. W Rikka Inn - LINK następuje szybkie płukanie, przebieranki, rekonesans całego obiektu, w tym basenu na dachu i wypad na miasto! Z racji późnej godziny, dużego zmęczenia ograniczają się do godzinnego spaceru po okolicy (niezbyt daleko i tam gdzie w miarę widno bo trochę strach <hahaha>) i skromnego posiłku.

Image

Image

Po powrocie do hotelu następuje krótkie podsumowanie:
- Podróż była zbyt długa i nieco uciążliwa;
- Trochę brudny ten Bangkok, ale jakby się tego spodziewali i nawet akceptowali;
- Dlaczego Ci wszyscy śmieszni, mali Tajowie noszą białe i żółte koszulki? ( o tym później);
- Co przyniesie jutro?Bangkok za dnia – gdzie ja jestem?

Noc była krótka, bo On wstał już po 7:00, a Ona chwilę później. Ktoś komuś musi dotrzymywać towarzystwa :)

Wychodzą z hotelu, biały dzień, inne zapachy, inne dźwięki i… coś jeszcze. W nocy były tam dziesiątki straganów, otwartych sklepów, barów, grajków, garkuchni i w ogóle wszystkiego innego. A rano? Yyyy, pusto, jakby to było zupełnie inne miejsce.

Image

Image

Image

Image

Wciąż niepewni, ale mocno zaciekawieni zaczynają zataczać coraz większe kręgi po okolicy. Pierwsza buddyjska świątynia, do której trafiają zupełnie przypadkiem to: Wat Bowonniwet Wihan. Na samym wejściu wita ich widok dużej grupy mnichów, towarzyszących im gości i fotografów… „aleCoSieDzieje?!”

Image

Image

Image

Image

Idą dalej i mimowolnie, zupełnie przypadkiem zmierzają w kierunku Wielkiego Pałacu nie wiedząc, iż idą przy nim… Czy chcą, czy nie chcą i tak tam wrócą. W bezpośrednim sąsiedztwie znajdują ศาลหลักเมือง กรุงเทพมหานคร (Ktoś, coś? :D):

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Gdzieś przy tej świątyni zobaczył ich młody Taj. Jakieś 15-20 lat (ciężko powiedzieć; równie dobrze mógł mieć i 30), tradycyjnie żółta koszulka. Widząc ich rzekł: „Ken Aj Help Ju?” … W tym momencie nastąpiła analiza mapy, przewodnika, mapy i jeszcze raz przewodnika. Po wskazaniu miejsc, do których się wybierają „żółty gość” wskazał swojego rzekomego wujka, który niemal za darmo (40 thb!) będzie jeździł z nimi caaały dzień po Bangkoku swoim tuktukiem. Mało tego! Będzie ich oprowadzał i opowiadał! I tym sposobem trafili w kilka ciekawych miejsc:

Image

Image

Image

Image

Image

Po jakiś dwóch godzinach powożenia i prowadzania za rączkę, powtarzane na początku hasło „fajktjoji” (swoją drogą całkowicie przez nich ignorowane) okazało się słowem „factory”. Gdy zajechali na „tankowanie” pod duży sklep z garniakami, koszulami i krawatami wszystko się wyjaśniło. Z grzeczności weszli do środka, obejrzeli, nawet przymierzyli, ale nosem kręcili i nic nie kupili! Jakież było zdziwienie wujka małego „żółtego gościa” gdy nic nie mieli w rękach lub plecakach. Wnet się okazało, że akurat teraz są duuuuże korki i najlepiej będzie jak do następnej atrakcji dojdą „na nogach”, bo po co mieliby stać w korkach. Mhm… Powoli odchodząc pomyśleli o uzgodnionej zapłacie i o tym co właśnie nastąpiło... Po chwili namysłu zawinęli się na nodze, skręcili w prawo (cholera wie gdzie!) i poszli... Nie żeby uciekli, nie żeby nie chcieli płacić, ale wciąż myśleli, że może należałoby zapłacić, że faktycznie są duże korki i „wujek” nie chce żeby siedzieli w tuktuku pośród innych tuktuków w smogu i w ogóle. Po wyjściu na drogę uświadomili sobie, że mieli dać się naciągnąć na świecidełka, a tego nie zrobili :lol:
Reasumując: wylosowali darmowy przejazd?! ;)…

Image

Image

Image

Image

Kolejnym punktem wycieczki okazała się świątynia Wat Benchamabopit (współrzędne:13.766775, 100.513634) połączona z kompleksem klasztornym (?), szkołą prowadzoną przez mnichów (?) gdzie wejściówka kosztowała 20thb. Całość z zewnątrz jak i w środku prezentowała się ciekawie. Zdjęcia poniżej:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po wyjściu z tej świątyni zajarzyli z grubsza o co chodzi z tym białym i żółtym bo do tej pory zbytnio o tym nie rozkminiali:

Image

Image

Image

W związku z powyższym postanowili przy najbliższej możliwej okazji zagadać kogokolwiek o co dokładnie biega z tymi kolorkami i wizerunkiem Króla! (Serio, wiedzieli, że to Król Tajlandii!). Żołnierz, który chciał ich zastrzelić (sic!) za wejście „nie tam gdzie potrzeba” wytłumaczył, że w dniu 5 grudnia mają miejsce obchody urodzin Króla Tajlandii! W sumie to już od tygodnia świętują, i będą świętować jeszcze z tydzień.
W drodze powrotnej (cały czas „pięta-palec”) nogi zawiodły ich na Sanam Luang – wielki zielony skwer/ plac, na którym trwały właśnie przygotowania do obchodów urodzin Króla!

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dzień długi więc lecą dalej! Wciąż cholera wie gdzie… i po kątach, i po głównych drogach. On dostrzegł, że jego rozmiary być może odstraszają potencjalnych rzezimieszków i chyba nie ma się czego bać, więc idziem na całość! Zdjęcia tego nie pokarzą, ale w którymś momencie dotarli do takiego zakamarka, który początkowo w ich opinii był maleńkim targiem, dzielnicą garkuchni. Szli wzdłuż muru, po którym przechadzał się kocur, a pod nim przy stolikach siedzieli Tajowie i zajadali się czymś pachnącym. W sumie stolików mogło być nawet i z dziesięć. Niby ok, ale po drugiej stronie zamiast lad, garkuchni i tym podobnych znajdowały się maleńkie domki w stylu Polskich targowych budek. Przed nimi jak i w nich (wszystko otwarte!) widać było dorosłych, dzieci i starców wykonujących jakby nijakie czynności. Mhm, zaraz... To są ich domy? Prawie weszli do ich domów, przechadzali się ich tarasami ...? TAK! Ale nikt nie miał żadnego "ALE"! Uśmiechy, miłe spojrzenia, potakiwanie głową! Zmykają, aby się komuś nie narazić jeszcze bardziej!

Image

Image


Dodaj Komentarz

Komentarze (4)

popcarol 9 grudnia 2015 15:55 Odpowiedz
A gdzie cd i ten ŚLUB?? :) nie zaprosiliście nikogo? świadkowie? :)
wintermute 10 grudnia 2015 11:43 Odpowiedz
ślubu jeszcze nie było a na zdjęciu powyżej już jest obrączka na palcu...coś tu się nie zgadza :-)
maarcin1938 11 grudnia 2015 08:03 Odpowiedz
Podobno złe czary mówią żeby nie ubierać obrączki przed ślubem :D :)
refiko 11 grudnia 2015 17:58 Odpowiedz
maarcin1938 napisał:Podobno złe czary mówią żeby nie ubierać obrączki przed ślubem :D :)Skoro tak mówisz...Odpowiem w ten sposób:Ateista po śmierci trafił do piekła. Puka do bram, otwiera diabeł w gajerze od Armaniego, woń Hugo Bossa...- Dzień dobry, zapraszam pana, oprowadzę po naszym piekle. Tutaj są sypialnie, tu natryski, sauna, solarium, jacuzzi, można korzystać do woli.Ateista zdziwiony, nie wie, o co chodzi.Wchodzą do następnego pomieszczenia. Długi stół, najlepsze alkohole, fura żarcia, chętne dziwki się kręcą, ludzie balują... ateista czuje, że musi być jakiś hak.Następne pomieszczenie - biblioteka ze wszystkimi książkami, jakie na świecie wydano, diabły pilnują ciszy, ludzie w skupieniu czytają. Ateista nie wie, o co chodzi.Kolejny lokal - kotły, ludzie w smole się prażą, nieludzkie wycie, diabły widłami popychają tych, którzy chcą uciec. Ateista nie wytrzymał:- Panie Diable, ale o co chodzi, tu impreza, tu czytelnia, atu kotły, smoła...- A nie, na tych niech pan nie zwraca uwagi, to katolicy, jak wymyślili, tak mają.